Dawno, dawno temu, o poranku, z jakiejś zawilgoconej jaskini wyszedł Chłop. Chłop był muskularny, acz niski. Posturę swą zawdzięczał pracy, o czym za chwilę. Długie skołtunione i nieco tłuste włosy, opadały mu na szerokie ramiona. Narzucił na nie skórę niedźwiedzia i począł odsuwać właz jaskini.

Baba, usłyszawszy ten rumor i gramolenie, obserwując małżonka niby słonia w składzie porcelany, syknęła nań, „wiadomo, nie mocno, tak żeby pokorę przywrócić” (jak mówi Rafał Pacześ w jednym ze swoich programów). Nakryła leżące dziatki (sztuk 4) i z chrząknięciem dezaprobaty wstała.

Na chłopa czekało już kilku innych – toż zwierza upolować w pojedynkę sztuka niełatwa. Baba zaś wyszła przed jaskinię, ziarno kamieniem o kamień mleć zaczęła. Kiedy dziatki wstały, kolejno każdemu zmierzwione włosy przegarnęła i ruszyła wraz z nimi do lasu, by owoce zebrać, nim ich zwierzyna ubiegnie.

Pierwsze znaleziska zrazu do ust dziatek trafiały, pilnując, by to, które było najwątlejsze, i niechybnie najbardziej na pożarcie wilka narażone, najadło się pierwsze i do syta. Kiedy już brzuchy były pełne jagód i korzonków, rodzina poczęła czynić zapasy.

W grocie niedaleko spała jeszcze matka Baby, zatem i o niej nieboraczka pomyślała. Co sprawniejsi chłopcy do gniazd ptaków się zakradli i jajka zabrali. Toteż wracały dziatki wraz z matką zawsze z zapasami warzyw i owoców (a wiedzieć Ci trzeba, że były one wówczas mniej okazałe), z zapasem jadalnych korzonków, bulw, a czasem i orzechów). I dla Chłopa, który tym razem z polowania bez niczego wrócił – rzecz jasna – starczyło. Tym razem tur okazał się sprytniejszy, i chłop musiał obejść się smakiem. Niemniej myśli jego zaprzątało tylko jedno: mięso (vs. białko).

40.000 Lat później, w jednym z mieszkań, na jednym z osiedli średniej wielkości miasteczka, wstał Chłop. Całkiem wysoki, barczysty, może nieco w nogach wątły, ale to całkiem zrozumiałe, nie były przecież to czasy, by za turem gonić musiał. Rumoru narobił, szukając swoich sportowych butów i rękawiczki, bez której sztangi nie sposób podnieść było, którą mu Baba złośliwie przecież gdzieś w praniu zapodziała. Baba syknęła na niego, że ciszej, bo kiedy obudzi się ich syn, ona już nic zrobić przed pracą nie zdoła. Chłop odburknął coś w pośpiechu i wybiegł z domu, by jeszcze przed pracą trening ciężki zaliczyć. Rękawiczki ostatecznie nie znalazł, ale bidon z dwiema miarkami białka zapakował, tabletki kreatyny grzechotały przyjemnie w rytm jego zbiegania po schodach.

W tym samym czasie młody zbudził się (bo jakże by inaczej):
– o, dzień dobry Kochanie, czego sobie życzymy na śniadanko?
– Pajówkę!
– O, co to, to nie. Parówki są niezdrowe. Nawet nie wiem, skąd się tu wzięły.. Może grzankę, co? A do tego trochę marchewkę, borówki, gruszkę?
– tata kupił, nie jubię chewki!
– ok, to papryczka, może być?

Wbiegając z młodym do przedszkola kobieta spojrzała szybko na menu na ten tydzień. Acha, dzisiaj znowu krupnik i pulpety. Młody nawet nie tknie i będzie głodny.
Wyciągnęła telefon i ustawiła przypomnienie „kupić bułkę i banana dla młodego po pracy”.

W pracy uświadomiła sobie, że poza łykiem zimnej kawy w biegu nic nie jadła, a czekało ją jeszcze firmowe zebranie, a te lubiły się przedłużać. Skoro więc urwać się do bufetu nie mogła, zajrzała do szuflady biurka. Drożdżówka? A, tak, Elka kupiła wczoraj, a Baba odmówiła, miała się za siebie wziąć przecież. Ale teraz, nie ma wyjścia, musi na tej drożdżówce przepękać do 16-stej. Ale od jutra to już się za siebie bierze jak nic.

Po przedszkolu z młodym szybkie zakupy (szczęśliwie nie był już głodny, inaczej cały sklep by go słyszał), zrzucona w biegu torba, rozładowane zakupy i jednym uchem słuchając opowieści Młodego, jak to było w remizie strażackiej, zabrała się za przygotowywanie obiadu.

Niedługo potem przyszedł Chłop. Baba już akurat kończyła obiad, dumna, że udało jej się przemycić Młodemu kolejną porcje warzyw w sałatce.
Zrobiła większą porcję zupy, będzie też na jutro, a i mamie zaniesie, bo z tym zapaleniem płuc to wiadomo, że zakupów sobie nie zrobi.

– Jak w pracy Kochanie?
– A, daj spokój, ledwo żyję. Od kilku dni biegam za jednym Klientem, dzwonię, piszę maile, robię wyceny, prowadzę negocjacje, a na końcu mój kumpel dostaje ten projekt. A co to? Mięska dziś nie ma? Jakiś taki gwizdany ten obiad… No, już, już, daj buziaka, przecież żartowałem tylko…

Także ten…

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o