Do napisania tego tekstu zbierałam się już od dawna. Cały czas powstrzymywało mnie jednak to, by żadnej z Was nie urazić, nie sprawić przykrości…

Kiedy więc w mojej głowie toczyła się bitwa między poczuciem obowiązku, a tzw. polityczną poprawnością, natrafiłam na genialny w swej prostocie wykład prof. de Barbaro, o medykalizacji i psychiatryzacji naszego życia.

Profesor na kilku przykładach pokazuje, jak łatwo dziś znaleźć wytłumaczenie dla każdej naszej przypadłości, cechy czy zachowania. Na wszystko mamy dziś diagnozę, lek, remedium – od tabletek na stres, po rzadkie rzęsy – kiedyś cecha osobnicza, dziś przypadłość zwana trycholizą.

Pomyślałam wtedy o nas, kobietach, które czasami z nieświadomości, czasami z bezsilności i frustracji zaczynamy poszukiwać jakiegoś logicznego wyjaśnienia, dlaczego akurat nam tak trudno schudnąć?!

Czegoś, co mogłoby stanowić dla nas alibi. Co mogłybyśmy ubrać w mentalne pasiaki, wsadzić za kratki i obwieścić światu – widzisz? To nie moja wina! To geny!

Nietolerancja!

 To mąż!

Alicja odkąd pamięta zazdrościła Zosi figury. Miała wrażenie, że nieważne, co, kiedy i w jakiej ilości Zosia zje, jej waga nie zmieniała się do wielu lat. Nie to co u Alicji. Podczas gdy Zosia mogła wtrząchnąć 3 pączki naraz, Alicja tyła już od samego polizania lukru.


W jej domu wszystkie kobiety miały nadwagę – obie babcie, ciocie, mama, siostra. Chyba nie ma co oczekiwać, że w jej przypadku będzie inaczej. 
W dodatku Alicja nie była tej drobnej, eterycznej budowy, niczym księżniczka Fiona za dnia.  Czuła, że bardziej przypomina jej nocną wersję – ogrzycę. Miała mocną budowę i jak to mówią – grube kości. Ale to jeszcze nie wszystko. Problem stanowił też mąż Alicji.
Wiedziała, że o ile ona sama dałaby radę zmienić swoje nawyki żywieniowe, on nigdy nie da się na to namówić.
No i stres – Alicja w pracy wypruwała sobie żyły, korporacja wymagała od niej coraz lepszych wyników sprzedażowych,
a wiadomo, kredyt się sam nie spłaci, więc… doszła do wniosku, że  wszystkie zebrane dowody świadczą o jej … niewinności.
Uffff, jaka ulga!

Z pozoru wydaje nam się, że tak byłoby lepiej. Ale czy na pewno? Po drugiej stronie tej monety, zwanej „zrzuceniem odpowiedzialności” jest… brak poczucia sprawstwa.
A to najgorsza zbrodnia, którą możemy wyrządzić samym sobie. Na krótko może nam przynieść ulgę, jednak w dłuższej perspektywie takie myślenie będzie dla nas destrukcyjne.

Brak poczucia sprawstwa jest równoznaczny z odebraniem sobie … nadziei na zmianę. Bo skoro nic ode mnie nie zależy, to i ja NIC nie mogę zmienić… Ba! Nawet nie warto się starać!

Co więc powinna zrobić Alicja?
Po pierwsze… przestać szukać winnych – zarówno na zewnątrz, jak i w sobie. Bo tak naprawdę, co to zmieni?
Tym, co powinna zrobić Alicja, jest AKCEPTACJA. Bez obwiniania kogokolwiek, z sobą włącznie.

To tak samo, jak w sytuacji, kiedy wchodzimy do pokoju i zauważamy, że leży rozbita szklanka a wokół pełno wody.
Oczywiście, że możemy szukać winnych.
– kot, który nie powinien był wskakiwać na stół
– córka, która powinna była bardziej pilnować kota
– syn, który nie powinien był zostawiać szklanki z woda na stole
– ja – bo powinnam była zamknąć drzwi, wychodząc z pokoju

albo… można po prostu wziąć ścierkę, uprzątnąć szkło i wytrzeć podłogę.  No i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Tylko i aż tyle.

Akceptacja, to stan, który ulokowany jest pomiędzy zaprzeczaniem, że nie ma problemu, udawaniem, że nas on nie dotyczy, albo, że nie zależy nam by coś zmienić,a… obwinianiem siebie lub innych.
To wzięcie na siebie odpowiedzialności za zmianę, za to, co dalej z tym zrobię.

Pewnie, że świat nie jest sprawiedliwy. Faktem jest, że jedni mogą zjeść dużo więcej niż inni oraz to, że ktoś nie lubi słodyczy, a my tak.
No cóż, życie to nie koncert życzeń. Więc Alicja postanowiła skończyć z wymówkami i szukaniem winnych.
Może i Zośka ma świetną figurę. Może i Alicję krew zalewa, jak widzi, że wychodząc z cukierni kupuje jeszcze pączki dla siebie i męża na popołudnie. Ale w końcu Zosia też ma swoje problemy i obszary, w których jest jej trudniej.
Zaraz, zaraz, czy ona przypadkiem nie ma bardzo rzadkich rzęs… Nie, to na pewno trycholiza 😊.

Medykalizacja naszego życia wkrada się także do dietetyki.
Testy na nietolerancję, badania mikroflory bakteryjnej, diagnozy chorób, które mają utrudniać odchudzanie. Suplemementy, wyciągi z egzotycznych roślin, sprzedawane jako recepta na problemy z utrzymaniem wagi.

A tak naprawdę pierwszym krokiem powinna być analiza… naszej lodówki. Spójrzmy, na nasze zakupy leżące na sklepowej taśmie. Przejrzyjmy paragony. Zróbmy rachunek sumienia z tego, co jadłyśmy w ciągu dnia. I jeśli dojdziemy do wniosku, że nie jest dobrze, bez obwiniania siebie i świata – nauczmy się po prostu dobrze jeść. Dobrze i smacznie zamiast tylko smacznie.

To najlepsze badania jakie możemy dla siebie zrobić. Bądźmy wobec siebie szczere.
Akceptacja jest pierwszym krokiem na drodze do zmiany.

Jeżeli interesuje Cię tematyka psychodietetyki, zapraszam Cię do polubienia strony Babskiej Diety na FB – wówczas poinformuję Cię o każdym nowym wpisie. Więcej podobnych wpisów znajdziesz w zakładce Blog, natomiast w Inspiracjach znajdziesz pomysły na zdrowe i pyszne dania 🙂 I mam prośbę – zapomnij o starej zasadzie… śniadanie zjedz sama, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi. Kolację zjedz – a z przyjacielem podziel się proszę tym wpisem 🙂

A dla tych z Was, którym, podobnie jak mnie, psychologia jest szczególnie bliska, polecam wysłuchanie 20-minutowego wykładu profesora de Barbaro. Tekst profesora podejmujący temat nadmiernej medykalizacji naszego życia ukazał się także w styczniowym wydaniu miesięcznika Charaktery.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o