Mój śp. Dziadek był osobą… zjawiskową. Przez całe swoje życie jeździł Maluchem choć było  go stać na nowoczesne auto. Maluch – mimo swojego wieku – był w świetnym stanie. Dziadek nie tylko go garażował w wentylowanym murowanym garażu, ale też stawiał na drewnianym podeście, by zapobiec powstawaniu rdzy. Z tego też powodu przed każdym wjazdem do garażu wycierał go do sucha, a w mroźne dni… nakrywał kocem. Pomyślisz pewnie, że to zakrawa na pacjentctwo? I słusznie, choć innego zdania byli miłośnicy starych aut. Na porządku dziennym było to, że Dziadek za wycieraczką znajdował kartki z ofertami kupna.


Źrodło: Wikipedia

Kiedy wspólnota mieszkaniowa, która sprawiedliwość postrzegała według zasady „wszyscy albo nikt” zdecydowała o rozbiórce garaży, Dziadek w wieku blisko 80 lat zbudował dla swojego Maluszka… wiatę. Samodzielnie. Nie była to żadna prowizorka, o czym mogłam przekonać się, kiedy po pamiętnej nawałnicy kilka lat temu zobaczyłam, że pozostała całkowicie nietknięta.

I tu wspólnota mieszkaniowa okazała się silniejsza od żywiołu i kazała Dziadkowi wiatę rozebrać z powodu chęci położenia na całym terenie kostki brukowej. I wiesz co? Wtedy mój Dziadek lat 80, który nie mógł wyobrazić sobie, że po latach dbania i garażowania jego auto będzie stało pod gołym niebem, narażone na deszcz wymyślił, że Maluszek będzie nosił swój domek… na plecach. Skonstruował więc daszek, który chronił auto na czas postoju, a który Dziadek zdejmował i odwieszał na wbite w mur haki kiedy dokądś jechał.

Moi Dziadkowie przeżyli razem ponad 60 lat. Kiedy Dziadek odszedł, szybko pojawiło się kilku chętnych na Malucha. Babcia słusznie wybrała najhojniejszego, a ten zabierając auto, zabrał symbol świata, którego już nie ma…

Dziś żyjemy w kulturze instant. Kulturze tymczasowości, natychmiastowości. To kultura zupek w proszku, mebli IKEA i jednosezonowej mody. To świat, w którym się nie naprawia, bo szkoda zachodu, kiedy można kupić nowe. Nie dba się, bo nowsze jest na wyciągnięcie ręki.

Taki sposób  myślenia wkrada się również do innych przestrzeni naszego życia. Skuszeni nadzieją szybkiego efektu nabieramy się na diety cud, magiczne pigułki, koktajle, specyfiki. Oczekujemy, a nawet żądamy natychmiastowego efektu. Zmiana nawyków żywieniowych, przekonań, wymaga czasu. A my nie chcemy czekać.

Naprzeciw tym potrzebom wychodzą co chwilę nowe oferty  „schudnij 2 kilo w dwa dni„!
Czy zastanawiamy się, czy to w ogóle fizjologicznie możliwe? Nie. Przecież wokół jest tyle technologii, której nie rozumiemy, a która działa!

Więc my też nie interesujemy się tym, co dzieje się w środku. Powierzchowność to trzeci obok natychmiastowości i tymczasowości grzech naszych czasów. Skupiając się na mniejszym rozmiarze pomijamy co, to dzieje się z naszym ciałem i naszą psychiką.
Myślimy krótkoterminowo. Żebym tylko schudła do I Komunii córki, do ślubu brata, do wakacji.

Pamiętajmy jednak, że szybki, natychmiastowy efekt zawsze występuje w triadzie z krótkotrwałością i tymczasowością. A potem przychodzą rozczarowanie, zwątpienie i przekonanie  „ja się do tego nie nadaję”.

Martin E.P. Seligman, twórca pojęcia wyuczonej bezradności, o którym Wikipedia pisze „jeden z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku” w swojej książce „Co możesz zmienić a czego nie możesz” dokonuje przeglądu badań nad skutecznością diet, dochodząc do wniosku, że każda dieta, opierająca się na ograniczeniu kalorii bez zmiany nawyków żywieniowych będzie miała krótkotrwały efekt. I należy liczyć się z tym, że ostatecznie waga nie tylko wróci, ale może być nawet większa.

Bo prawdziwe zmiany zachodzą najpierw głęboko pod powierzchnią…

Na koniec, by nie było zbyt patetycznie, fragment z komedii wszech czasów. W kulturze instant możemy mieć niemal wszystko od razu. Ale tylko na chwilę, a potem pozostaje niesmak…

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o