Wpieprzyłam 
Zeżarłam
Wrąbałam. 
Sprzątnęłam 
Wciągnęłam 
Chapnęłam 
Wszamałam 
Opędzlowałam
Wpierdzieliłam
Wyżarłam
Pochłonęłam

Słucham… Notuję każde takie słowo.

Kiedy zwracam na nie uwagę, słyszę „no przecież inaczej tego nazwać nie idzie”.

Tymczasem każde z takich słów stanowi cegłę w murze, którym odgradzamy się od swojego człowieczeństwa, od swojego ciała i od szacunku do siebie samych.

I ten mur trzeba rozebrać – cegła po cegle.
Wykorzystując elementy Racjonalnej Terapii Zachowania przyglądamy się temu, jak bardzo niszczące i osłabiające są takie słowa. Stosujemy tzw. „test kamery”.
Kamera nie ma emocjonalnego stosunku, więc „widzi” zachowania takie, jakimi są.

Potem zastępujemy te słowa nowymi. Neutralnymi. Zjadłam, spożyłam, wypiłam…

Po co?

Bo tak naprawdę możemy zacząć zmianę dopiero, kiedy urealnimy nasze zachowanie.

Bo nad tym, co się chłonie – ciężko mieć kontrolę. Nad tym, co się je, spożywa – dużo łatwiej.

Bo kiedy myślimy o sobie tak źle – jesteśmy dla siebie katem. Kat uruchamia syndrom ofiary. A ofiara potrzebuje wybawienia albo przynajmniej pocieszenia – to osłabia. A moim zadaniem jest budować siłę, autonomię i niezależność pacjenta. Wzmacniać jego wewnętrzne zasoby, w tym poczucie kontroli.

Bo często nienawiść do siebie jest tak wielka, że podświadomie potrzebujemy się ukarać. Tę kobietę co to znowu zeżarła. Paradoksalnie często karzemy się objadaniem.

Bo taka narracja prowadzi do oddzielenia się od własnej cielesności. „Ja” to nie moje ciało. A skoro nad nim nie panuję, to jest mi już wszystko jedno.

Takie negatywnie nacechowane określenia dotyczyć mogą nie tylko samego aktu jedzenia, ale również procesu odchudzania, często nazywanego „walką” albo „braniem się za siebie”.
Kiedy walczymy, to tak naprawdę na starcie zakładamy, że jakaś część nas musi wygrać, jakaś przegrać. Przegrana rodzi poczucie straty, a to nie pomaga.

„Branie się za siebie”, to rodzaj schematu dorosły i wewnętrzne dziecko, które trzeba w sobie okiełznać. Znowu zakłada jakąś formę stłamszenia wewnętrznych pragnień i potrzeb.

Lubię postrzegać proces zmiany nawyków (nie tylko żywieniowych), jak wydeptywanie nowej ścieżki, choć mamy pod nosem tę starą, wygodną, dobrze znaną.
Na początku jest trudniej, bo trzeba przecierać szlaki, ale z czasem okazuje się to coraz łatwiejsze.
Z pewnością zdarzy się, że w pośpiechu, stresie, czasem o tej nowej ścieżce zapomnimy lub świadomie pójdziemy tą starą.
Czy to znaczy, że wszystko stracone? Nie. To naturalna dynamika zmiany, której kryzys jest nieodłączną częścią.
Z czasem ta nowa droga będzie coraz łatwiejsza, a stara zacznie zarastać.
To jest normalny proces, w jakim zachodzą wszystkie zmiany na naszym życiu.

A mit spektakularnej przemiany został wykreowany przez kulturę masową, o czym napiszę w kilku kolejnych wpisach.

A gdyby chodziło o kogoś bliskiego, np. chorego na serce tatę, który w trosce o zdrowie stara się zastąpić swoje wieloletnie przyzwyczajenia żywieniowe nowymi, powiedziałybyśmy do niego „No znowu zeżarłeś kremówkę”?  Pewnie nie. Raczej chwaliłybyśmy za każdy, nawet niewielki krok ku zdrowszej diecie.

Traktujmy się równie życzliwie. Na drodze jakiejkolwiek zmiany potrzebujemy mieć w sobie przyjaciela, nie wroga.

Jacek Walkiewicz, autor książki „Pełna MOC słów”, którego wykład na YT pt. „Pełna moc możliwości” obejrzało już ponad 3,5 ml osób, wspomina radę swojego mistrza: „zmień swoje słownictwo, a zmienisz swoje życie”.
Słowa mają moc. Ale to już od nas zależy, czy będą to moce dobre czy złe.

Jeżeli jest ktoś, komu ten wpis może się przydać przyjacielem podziel się proszę na FB – wtedy razem robimy coś fajnego 🙂

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o